niedziela, 1 sierpnia 2010

O Powstaniu w dwóch obrazkach...

Obrazek pierwszy

Zdarzyło się dawno. W innej epoce...

W sali lekcyjnej słychać było tylko monotonny głos historyczki. Zwykle rubasznie wesoła panna Krysia, lat 57, dziś bez zwykłego entuzjazmu opowiadała to w co podręcznik kazał wierzyć i przyjmować za prawdę jedynie słuszną.
- Powstanie warszawskie było nieprzemyślane - mówiła obojętnie. Na jej twarzy nie było widać żadnych emocji. Dwadzieścia kilka par oczu obojętnie wpatrywało się w nauczycielkę, słuchając wykładu z mieszanym zainteresowaniem. O wiele bardziej ciekawa była wiosna, która szalała za oknem pierwszym bzem. A tamto było tak dawno... Tylko ona, Inga, wierciła się niecierpliwie. W pewnym momencie nie wytrzymała. Wstała i na całe gardło krzyknęła;
- To nieprawda! Mój dziadek tam był! - emocje czerwoną łuną wykwitły na jej policzkach - I mówił, że czekali do ostatniej chwili z wysadzeniem mostów. Rosjanie po drugiej stronie Wisły też czekali. Aż powstanie się wykrwawi. To nie prawda!
Pani od historii, wolno podeszła do drżącej uczennicy i delikatnie położyła jej rękę na ramieniu.
- Uspokój się. Nie trzeba. Jaka była prawda wszyscy wiemy...- powiedziała łamiącym się głosem i wyszła z klasy.
Poszła pomilczeć. Jej narzeczony zginął w powstaniu.


Obrazek drugi

Kilka lat temu...

Pierwszego sierpnia. Prasa, radio telewizja, wszędzie wspomnienia bohaterskiego zrywu, bodaj najbardziej krwawego w historii Polski. Kolejna rocznica wielkiego narodowego zrywu obchodzona z honorami i czcią należną bohaterom.
Naiwnie, zapytałam młodocianą kuzynkę;
- Karla, kiedy było Powstanie Warszawskie? - w ubiegłym roku zdała maturę. Bardzo dobrze zdała. Powinna więc wiedzieć.
- W 1830?

Kiedyś, człowiek legitymujący się świadectwem dojrzałości posiadał elementarną wiedzę humanistyczną i matematyczno-przyrodniczą. Kiedyś znajomość najważniejszych wydarzeń z historii Polski była normalnością. Utrata pamięci historycznej prowadzi do utraty tożsamości narodowej. I to jest najbardziej niepokojące. Co będzie jak nas, pokolenia, które pamięta, zabraknie?

***
Powstanie to niezwykle krwawy kawałek naszej historii.
I cokolwiek by mówić, oceniać czy krytykować, to faktem jest, że tam po prostu ginęli ludzie; "Chłopcy silni jak stal" i "Sanitariuszki, morowe panny". Młodzi, inteligentni, pełni ideałów, marzeń i wiary, że to co robią nie pójdzie na marne i nie będzie zapomniane...
Nie pytali za ile i czy dostaną za to medal. Nie myśleli, o pomnikach, które wystawi im historia...








piątek, 30 lipca 2010

Męskie typy według Zołzy cz.2

... i ostatnia.

Miało być trzy, jest cztery. Wybaczycie? Nieśmiało zasugeruję, że jedynie słuszna odpowiedź powinna brzmieć - wybaczymy!;)
No to pora kończyć. Albowiem (!) zadawanie się z TYPAMI nie prowadzi do niczego dobrego.


Typ 5.
Przeciętniak. Dość przystojny, chociaż to akurat rzeczą gustu jest. Taki Pysio-Misio. Dzielny, okazały, trochęsięnawszystkimznający ale bez przesady. Ot wie, że śrubkę należy dokręcić, i nawet niby wie jak, ale … mimo wszystko woli robotę zlecić profesjonalnym rękom, które niejeden gwint już widziały. Przeciętniak ma zainteresowania głównie kanapowo-sportowe, dba o ognisko, również domowe i szerokim łukiem omija kłopoty wszelakie. Nie pije, nie bije i po prostu jest.

Typ 6.
Serialowa pierdoła, czyli Rysiek. Niegodny nazwiska Lubicz. Dba o wszystko i wszystkich. Szczególną troskę wykazuje o to żeby dzieci umyły rączki, a zupa była ciepła. Złota rączka, która w życiu codziennym to i owszem pomoże, ale ma tak nieskomplikowaną osobowość, że aż dziw bierze, że się dziwić potrafi jak go żona ciepłą zupą karmiona puszcza w trąbę. Pod pantoflem chowany Rysik, to w zasadzie skarb. Wystarczy zaprogramować, czasami dokarmić, w razie potrzeby zmienić ustawienia i… nudzić się.

Typ 7.

Clark Kent czyli dwa w jednym. Niebezpieczny jak zapałki w rękach dzieci. Takie połączenie supermena z intelektualistą w niemodnych okularach to istna mieszanka wybuchowa. Kobiety są w obliczu takiego gościa bezradne, piszczą i mdleją na potęgę, a on, je jak na Clarka Kenta przystało, podnosi nie tylko na duchu, łzy ociera, wiersze recytuje i jeszcze na dodatek zakupy bez listy zrobi. A jak trzeba to i ogródek skopie. W tym jednym przypadku określenie ideał nie jest synonimem nudy. Clarki Kenty występują niestety w przyrodzie rzadko i jako egzemplarze wyjątkowo unikatowe, musza bycz dobrze pilnowane. Amatorek cudzych jabłek wszakże nie brak.

Typ 8.
Pizza czyli kompozycja własna. W celu skomponowania typa 8 należy wybrać cechy pożądane, odmierzyć proporcje, dokładnie wymieszać, zaprogramować i używać zgodnie z instrukcją (instrukcje należy czytać). Proces produkcyjny nazywany wychowaniem, a w niektórych kręgach tresurą, jest żmudny i skomplikowany. Ewentualna właścicielka musi uzbroić się w cierpliwość, oraz kij i marchewkę. Reklamacje nie są uwzględniane, a za szkody moralne i psychiczne odpowiada producent-treser.

Zadowolone? To znaczy czy zapotrzebowanie Społeczne jest zadowolone? Czy już ma na tyle szerokie spektrum charakterów, żeby nie kręcić nosem? I dokonać wyboru?
Bo pamiętajcie moje drogie, wbrew temu co sądzą mężczyźni, to my wybieramy tych, którzy wybierają nas;)

PeeS. Tak sobie myślę, że Zapotrzebowanie Społeczne jest kobietą. Zdecydowanie. Gdyby było płci męskiej problem by nie istniał. Pod warunkiem, że do wyboru byłaby długonoga blondynka z rzęsami do sufitu i nogami do samego tyłka.


Źródło zdjęcia w sieci

czwartek, 29 lipca 2010

Męskie typy według Zołzy

... czyli dokładka dla niezdecydowanych.

Było sobie raz Zapotrzebowanie, na drugie mu dali Społeczne. A wybredne było! A upierdliwe! Przeróżni spece od reklamy, kształtowania wizerunku i innych takich starali się wmówić Zapotrzebowaniu co jest ładne, co modne i w co warto ząbki wbić.
- Masz tu – mówili spece – Dwa typy. Wybieraj.
A Zapotrzebowanie, nie. Okoniem staje. I wybrzydza.
– A kuku! – krzyknęło nieco dziecinnie, wychylając się zza winkla – Taki wybór to żaden wybór. Tak to sobie można prezydenta wybierać. Albo przebój miesiąca!
Zapotrzebowanie dwojga imion Społeczne, strzeliło delikatnego focha i drobnym kroczkiem poszło sobie. Niby obrażone, ale zerkało co raz czy coś się w sprawie jego veta przypieczętowanego tupnięciem nóżką dzieje…
I tak, wychodząc naprzeciw społecznym potrzebom powstały kolejne typy. Żeby było w czym wybierać…

Typ 1.
Bardziej adekwatnie będzie nazwać go Typkiem. Spod ciemnej gwiazdy, bo piwo to on generalnie woli jasne, pełne, niepasteryzowane. Typek w szczytowej formie jest około godziny 13 (przyzwyczajenie ze starego systemu, wcześniej nie opłacało się wstawać;). Nosi się w eleganckich dresach. Języki obce zna – głównie jeden, ale za to starożytny. Do pracy nie uczęszcza, bo tak się dziwnie składa, że dla ludzi z jego wykształceniem nie ma w tym kraju (co za kraj!) roboty. Nic to jednak. Liczne alternatywy w postaci tyrającej na trzech zmianach żonki, renty mamusi, albo zasiłku dla młodych zdolnych przez państwo brakiem pracy pokrzywdzonych , nie pozwolą mu umrzeć z głodu. I z pragnienia.

Typ 2.
Nielot. Z przyczyn od niego niezależnych bynajmniej. Bo on, proszę ja was, to by nawet poleciał, wszędzie i bardzo chętnie, nie tylko po bułki na śniadanie, ale jakaś menda podcięła lotki w skrzydełkach. Ukrywa się. Najpierw pod maminą spódniczką, a potem za żoniną. Ciepła państwowa posadka, kapcie, telewizor, gazetka i święty spokój. Tego mu do szczęścia potrzeba i tego od życia żąda. Grunt to się nie wtrącać. W razie jakiejś społecznej potrzeby; powstania czy innego zrywu szuka bezpiecznego schronu.

Typ 3.
Piotruś Pan z gatunku śliczny. Jego atrybutem są krótkie spodenki i hulajnoga. W przenośni, rzecz jasna. Tak naprawdę to Piotruś Pan, ubrany w najlepsze co butik ma, za coraz to innym Dzwoneczkiem ugania się w luksusowym aucie z klimą. Wącha kwiatki wszystkie, nie zawracając sobie ślicznej główki tym, że roślinka należy do innego ogrodnika ( no ale to już sprawa między nim a kwiatkiem;) Śliczny Piotruś mimo, ze sprawia wrażenie dziecka, zachowuje się jak dziecko i jak dziecko reaguje na bodźce zewnętrzne, usilnie domaga się żeby go traktować jak dorosłego.

Typ 4.
Macho albo Bruc Lee. W wersji light. Hasło nadrzędne członków grupy Macho – „Rycz mała rycz – ja cię obronię. Mam koszulę z napisem King Bruc Lee karate mistrz i nie zawaham się jej użyć… do otarcia twoich łez niewieścich”. Macho bardziej widać niż słychać. Głos daje tylko w potrzebuje nagłej i niespodziewanej. Ale za to jak ryknie, to go na słychać hen hen, a może i dalej. Na ten przykład w celu wyrażenia żądania ryczy – Przynieś mi piwo! Kobieto!
Prawda, że dżentelmen? Inny powiedziałby babo!
Wielki plus dla pana macho! Macho doskonale radzi sobie z kranem cieknącym, potrafi bez użycia dżipiesa zejść do piwnicy i przynieść słoik korniszonów, przegoni pająka i w razie potrzeby da w pysk natrętnemu amantowi, co się do jego kobity przystawia bezczelnie. Pod jednym wszakże warunkiem. Że amant będzie słabszy.

CeDeeN...

PeeS. Zostały jeszcze jakieś typy. W liczbie 3 (słownie; trzech), ale to jutro. Przez wzgląd na oczy Iwy :)

Źródło zdjęcia w sieci

Zaraz


Zdarzyło się wczoraj. A nawet dzisiaj.

Nałóg to zakorzeniona dysfunkcja sprawności woli przejawiająca się w chronicznym podejmowaniu szkodliwych dla organizmu decyzji, które są sprzeczne z przesłankami rozeznania intelektualnego.


To nie ja … to elektroniczna siostra poczciwej encyklopedii, wikipedia, taka mądra od rana.
W myśl tej definicji jestem nałogowcem. I przedawkowałam.
Skutki przeholowania są widoczne gołym okiem. Trudno bowiem nie zauważyć sino-burych woreczków pod oczyma oraz malowniczo rozdartej raz po raz paszczy w celu ziewnięcia mało eleganckiego.
Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że jak mi ktoś przesyła książkę to nie mogę sobie ot tak iść spać. Mus jest czytać i przeczytać. Do końca.
W mylnym błędzie byłby ten, kto uważa, że skoro mam wakacje to sobie pośpię, odeśpię i tym samym zlikwiduje nieestetyczne skutki uzależnienia.
Oprócz wakacji mam albowiem jeszcze DZIECI. Sztuk dwa. Płci obojga.

Pierwsza była Ona. Pewnie z racji starszeństwa. Skradała się jak różowa pantera, cichcem, na paluchach. Pewnie by się udało, gdyby po drodze, zupełnie niechcący nie straciła pęku kluczy. Narozrabiała i przezornie wycofała się na z góry upatrzone pozycje robiąc przy tym jeszcze więcej zamieszania.
On, przyszedł za chwilę. Chyba...
Nie słyszałam, ale poczułam, coś w rodzaju swędzenia w okolicach nosa.
Niezauważalnie łypnęłam jednym okiem. Stał i wpatrywał się we mnie paląco-zaciekawiono-proszącym wzrokiem.
- Jeszcze chwila – pomyślałam i w celu pozbycia się źródła siedzenia przewróciłam się na drugi boczek.
Nie z NIM te numery. Przemieścił się. I nadal prowadził obserwacje obiektu usiłującego nadrobić czas. Kiedy mu się znudziło, przemówił.
- Mamoooooo… - i tu muszę przyznać, że wykazał się taktem i zrozumienie. Mówił szeptem.
Z powodu braku reakcji, do słów dołączył czyn, delikatne szarpnięcie za wystające spod kołdry skudlone włosy.
- No mamo no… słyszysz?
Koniec spania, pani mamo – pomyślałam, ale jeszcze nie dawałam za wygraną.
- No co tam… - mruknęłam nie otwierając oczu.
- Kiedy wstaniesz? – zwiadowca Krzyś przemówił już normalnie, bez szeptów.
- Za chwilę – odpowiedziałam naciągając mocniej kołdrę.
- Aha. To ja poczekam – powiedział ugodowo i nadal sterczał nade mną. Pobawił się firanką, po naciskał coś w telefonie, wkopał pod łóżko moje kapcie i się znudził.
- Już? – zapytał tracąc cierpliwość.
- Zaraaaaaaaaaaaz – odpowiedziałam przeciągle.
- Mamo? – Krzyś nabrał tchu w małe płuca - A co jest dłuższe? Zaraz czy chwila? Bo jak zaraz to ja bym chciał żebyś wstała zaraz, a jak chwila to za chwilę. To co jest dłuższe?

Dzieci są, wbrew pozorom, szalenie logiczne. Bo jak się tak nad tym zastanowić to właściwie ile trwa chwila? Czy dwie chwile to jeden zaraz?
Zaraz, zaraz! Przecież zaraz to taka duuuuuuuża bakteria. Pewnie ruska, bo u nich wszystko bolsze;)

PeeS. Całe zamieszanie przez Jarosława He. (nie mylić z Jarosławem Ka.) i jego książki. Dziś pora na drugą;)

Źródło zdjęcia w sieci

środa, 28 lipca 2010

Widziały gały

Jeśli mężczyzna zapewnia, że zawsze marzył o inteligentnej, dobrej i wrażliwej partnerce, to znaczy, że uwielbia kobiety zgrabne, długonogie i z dużym biustem. Ot co.I nie ma się co obrażać, nabzdyczać czy strzelać focha. Taka już jest męska natura, która niczym wilka do lasu ciągnie go do aktualnego wzorca kobiecego ideału. Nie ma w tym nic dziwnego, ani zdrożnego. Normalka, która udowadnia, że obiegowa opinia, jakoby mężczyźni byli wzrokowcami nie jest wyssana z małego palca lewej ręki przywódczyni ruchów feministycznych.
A my, kobiety, to niby lepsze? Zanim zaczniemy wytykać facetom ich estetyczne postrzeganie płci przeciwnej, popatrzmy na siebie.
Wyobraźcie sobie, że stoi przed wami dwóch mężczyzn...

Mężczyzna numer 1
Wysoki, atrakcyjny brunet. Niebieskie oczy i seksowny wykrój ust. Pod elegancką koszulą widać zarys mięśni. Wypisz wymaluj George Clooney albo Clark Gable czyli ciacho z kremem. I z wisienką.

Mężczyzna numer 2.
Niski, korpulentny, o małych zapadniętych oczkach. Czerwieniący sie bez powodu.
Prawdopodobnie jajogłowy intelektualista, ale kto go tam może wiedzieć – pozory wszak mogą mylić. Jeśli ciacho to przaśne. Tym razem bez apetycznej wisienki.

Obydwu panów widzicie pierwszy raz w życiu. Którego wybieracie?
Dwójkę?! Aha... bo uwierzę.
Na pierwsze, na drugie i na trzecie niby przypadkowe spojrzenie spod rzęs, okularów, albo zza gazety 99,9% z nas wybierze przystojniaka. Śmiem (bezczelnie) twierdzić, że ten jeden promilek wybierający w ciemno mężczyznę numero duo ma zachwiane poczucie estetyki, albo kreuje się na oryginalną.
Ja? Oryginalny to mam tylko kształt nosa (grecki, z profilu rzymski). Jasne, że wybieram ciacho i konsumuję (wzrokiem) ile wlezie. To znaczy do momentu, aż mi się nie opatrzy….
Po głębszym poznaniu, może okazać się, że przystojniak jest nudny jak przerobiona czytanka. Interesuje go tylko wygląd własny i to czy Twoja sukienka dobrze współgra z jego wisienką. Napisałam wisienką? No trudno, niech zostanie. Niemniej miałam na myśli krawat;)
Tym czasem, z niskopiennym grubaskiem można rozmawiać godzinami i się nie nudzić. Ten niepozorny facecik zna się na literaturze, wie co to turbina prądotwórcza i potrafi bez użycia młotka zreperować uszczelkę w kranie. W krawacie mu duszno, więc mało go interesuje fakt czy Twoja kiecka pochodzi z najnowszej kolekcji światowego projektanta, czy mam metkę z bazaru pod blokiem.
Że zawsze można włączyć kanał informacyjny? I wezwać hydraulika? Oczywiście. Tylko spróbujcie przytulić się do Discovery. Nie radziłabym też wypłakiwania się w mankiet hydraulika, bo prawowitej właścicielce mogłoby się to nie spodobać.
Widziały gały co brały
…czyli ja nie wiedziałam że on taki!
To znaczy jaki? Bo, że przystojny, reprezentacyjny i wzbudzający zazdrość sąsiadki z czwartego piętra to pewne. A! Że nie sprawdza się w codziennym życiu? Nie wynosi śmieci i nie śmieje się z twoich dowcipów?
Powiedzonko o gałach sprawdza się tu doskonale. Czasami różowe okulary spadają z nosa za późno. Dobrze jeśli prawda pod tytułem „Totalny brak jakiejkolwiek możliwości porozumienia na płaszczyźnie życia codziennego” wyjdzie na jaw w porę. Wtedy wystarczy dygnąć, niczym dzidzia piernik, powiedzieć, żegnaj Gienia i poszukać wzrokiem kolejnego ciasteczka, może z mniej okazałą wisienką ale za to z bardziej zjadliwym kremem.
Gorzej jak smutna prawda o tak zwanej niezgodności charakterów ujrzy światło dzienne, gdy związek stanie się faktem dokonanym w sensie cywilnym, czy też sakramentalnym.
Ale to też nie koniec świata…;)

Zdjęcia:
George Clooney
Klark Gable

wtorek, 27 lipca 2010

McGyver według Mistrza

Subject: Fwd: Bez zbędnych wstępów. I bez zakończenia.
Date: Fri, 30 Jun 2010 20:20:42 +0200
From: Mistrz
To: Grafomanka

Tak… aż się mi rzewnie zrobiło… z sentymentem wspominam te słodkie czasy, początek lat 90. Czasy kiedy miałaś swoje ziemniaczane mityngi z Mistrzem Holoubkiem (Gołąbkiem), czasy, kiedy „Maluch było auto”, a w telewizji Richard Dean Anderson robił coś z niczego. Moja Muzo Najdroższa – widać jednak muzą jesteś, wlewasz w moje serce i w mój umysł ocean uczuć i wspomnień zgoła synestetycznych (a więc, według Kopalińskiego, działających na wyobraźnię niezwykłymi skojarzeniami wrażeń różnych zmysłów), poruszyłaś moją cyniczną i obojętną na wszystko co pospolite konstrukcję psychiczną. Bo wszak wtedy wszystko było tak cudownie pospolite – zbyt duże swetry i wybujała trwała ondulacja. Jak u Schulza, mistrza mojego kolejnego, wszystko wtedy miało skłonność do przerostu, wyradzania się jedno w drugie (zwłaszcza wzorców na powrót otwartego po dziesięcioleciach Zachodu w polskie skromniejszo-realiowe odpowiedniki). Tak to pamiętam. No ale jednak mimo wszystko – najbardziej McGyvera…



Koniec balu!



Kiedy facet nagle i niespodziewanie zmienia się z milastego misia w niedźwiedzia ludożercę znaczy, że ktoś mu nadepnął na ambicję. No, skoro leżała porzucona pod łóżkiem, w pozie niedbałej, to nie ma się co dziwić, że się znalazł śmiałek i przez przypadek, a może chcący, nadepnął.

Jego Nadworność raczył dać głos. Zaanonsował swoje przybycie za pomocą dobrodziejstwa cywilizacyjnego jakim niewątpliwie jest telefonia komórkowa. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że według posiadanych danych i serwisu informacyjnego Cylupa&company, niejaki Nadworny, poruszający się po drogach krajowych otuningowanym krwistoczerwonym autem, powinien był przebywać w dzikiej głuszy pod tytułem leśniczówka cioci Krysi (dalekiej kuzynki, drugiego męża rodzonej siostry szwagra stryjenki Heli).
- A jakie to ma znaczenie skąd i dlaczego? Włączaj ekspres - Nadworny przerwał serię natrętnych pytań, zarządził i jak gdyby nigdy nic, dał na spocznij. Lipiec, pełnia sezonu. Znając realia, oraz stan dróg wyliczyłam że będzie najwcześniej za godzinę.
- Zdążę zmienić tę powyciąganą koszulkę na coś nadającego się do pokazania. Z palcem w uchu - pomyślałam i machając naprzemiennie raz prawym raz lewym odnóżem przewieszonym fantazyjnie przez poręcz fotela oddałam się lekturze porządnego branżowego pisma traktującego o uprawie roli doniczkowej i okołotarasowej. Krok po kroku, metodą łopatologiczną, tłumaczyli; co, jak, z czym i do czego. Kobitka ze zdjęć zamieszczonych przez wydawcę, uśmiechała się przy machaniu gracką promiennie. Zupełnie jakby nie znała przyjemniejszych rozrywek.
- Skoro to taka bułeczka z masełkiem, to dlaczego, do jasnej kraciastej mnie wszystko usycha? - mruknęłam pokazując uśmiechniętej język.
- Co tam mruczysz? - Nadworny wobec języka wywalonego na widok publiczny zapomniał co to dobre wychowanie.
Otwierałam już paszczę w celu pouczenia gościa, że primo po pierwsze należy się grzecznie przywitać, zapytać o pogodę, stan zdrowia i dać buzi. Po drugie, też primo, to jakim cudem się tu znalazł, kiedy wedle kalendarza oraz znaków na niebie i ziemi powinien być zaledwie w połowie drogi?
Na widok wścieklizny malującej się na twarzy przybyłego, zrezygnowałam z tyrady.
- Kawy? – zapytałam.
- Noooooo…- Nadworny odpowiedział przeciągle i jakoś tak mało entuzjastycznie kłapnął na fotelu. Poczłapałam do kuchni prezentując wszem i wobec koszulinę niepierwszej świeżości.
- Żandarmeria śpi? – wrzasnął w ślad za mną.
- Jeśli nawet to już by nie spała – syknęłam znacząco, dając nazbyt wyraźnie do zrozumienia, że wścieka to on sobie może mieć, ale na robienie awantur to ja, mam karnet wykupiony w tym domu.
Nadworny zrezygnował z bojowego nastawienia. Nie miał szans. Byłam na swoim terenie i znałam okopy.
Kawa podziała rozluźniająco. W budowaniu atmosfery wzajemnego zrozumie niebagatelną rolę odegrał też serniczek z galaretką, którego szczodrą ręką urąbałam Nadwornemu niemały kawałek.
- Co się tak gapisz? – zapytał upychając w buzi ciacho.
- Zaraz gapisz. Czekam po prostu, aż wyrzucisz z siebie to z czym przyszedłeś.
- Aha – rzucił krótko i nie na temat – To czekaj dalej.
- Nie to nie – uniosłam się honorem. Dla spotęgowania efektu, że niby mam to gdzieś zadarłam nosa ku górze i sięgnęłam po poważne branżowe pismo z zamiarem zatopienia się w lekturze. Podziałało. Nadworny mlasnął, oblizał łyżeczkę i z prędkością karabinu maszynowego wyrzucał z siebie słowa. Cześć niecenzuralną pomijam. Z tego co nadaje się do powtórzenia zrozumiałam, że; wredna małpa, poszła w tango, Zocha, puściła w trąbę, zawiedziony, Zofia, frustracja, kac moralny, pucybut jeden, ja jej jeszcze pokażę, Cylupa, kamikadze(?), kreatura, telefonicznie.
Wywód zakończył się autorytatywnym stwierdzeniem, że
- Wszystkie baby są podłe!
- A chłopy wcale nie lepsze!– stanęłam w obronie przedstawicielek płci własnej, narażając się tym samym na błyskawice ciskane przez wściekłe oczy Niedźwiedzia Nadwornego – Swojego trzeba pilnować. I dbać. A nie!
- A nie co? – zapytał zaczepnie.
- A nie szwendać się samopas – odpowiedziałam na zaczepkę – Zocha swój honor ma. I jak się amator jej wdzięków trafił, to wymieniła na model mniej kręcący nosem.
- Phi! – Nadworny nabzdyczył się i miał za złe. Mnie, Zośce i całemu światu. Jak na obrażonego przystało, na znak protestu założył ręce na brzuchu i z miną dziecka, któremu odebrano łopatkę do piachu dodał – I tak miałem jej powiedzieć, że koniec balu.
- A! Rozumiem! – wydarłam się i wycelowałam w Nadwornego oskarżycielskiego palucha – A pieklisz się tak, bo ona była pierwsza?!

Ambicja, proszę Misia-Pysia to nie skarpetka. Trzeba nosić przy sobie, nawet w upał i sprawdzać czy jest na miejscu. A nie! Porzucać, a potem szukać winnego.
A w ogóle to od dziś chyba Nadworny będzie musiał w krawacie przychodzić. Może będzie mniej awanturujący się;)

Źródło zdjęcia w sieci

sobota, 24 lipca 2010

Dezynfekcja ...

... czyli o stosowaniu się do zaleceń lekarskich.

Dezynfekcja odwewnetrzna ma swoje dobre i złe strony. Zacznijmy od dobrej; zakażenie, z całą pewnością mi nie grozi! Zadbałam o to osobiście. Czynną pomoc przy realizacji "recepty" odegrał też Książę Małżonek oraz doktor nauk medycznych, Antonii Wtorek z małżonką. Wespół zespół, uchwałą większości głosów, by zarazek apetyt móc zmóc, podjęliśmy decyzję (jedynie słuszną), że do dezynfekcji najlepiej nadaje się whisky z odrdzewiaczem (proporcje stosowne do wagi i osobistych preferencji). Zdania nie zmieniliśmy do końca biesiady na cztery cycki i dwie łysiny postępujące.

Stroną złą, a już na pewno posiadającą wiele negatywnych aspektów, profilaktyki odwewnetrznej, jest syndrom dnia poprzedniego, zwany w niektórych, bardziej ze zjawiskiem obeznanych kręgach - tupotem białych mew. Tupać to może niekoniecznie, ale jakiś krasnoludek wredny młoteczkiem pneumatycznym robi mi regularny otwór w głowie. Jeszcze go co prawda nie widać, ale wszystko wskazuje na to, że mam rację... Bo po co by robiło takie łup, łup, łup...
Po co by tak zasuwał? Miarowo, rytmicznie, boleśnie. Krasnoludek psia jego mać!

Gdybym była Markiem Konradem zapytałabym czy muszą... te krasnoludki tak pracować fizycznie ciężko. Od rana.

Ale nie jestem. Dam im wiec "w nagrodę" alka-prim;)

piątek, 23 lipca 2010

Zaderka

- A tego Ibisza pani znasz? -starszy pan, kolejkowy wyjadacz, z tych co to przed niejednym gabinetem swoje odsiedział zagaił kulturalnie. Powiało wielkim światem.
- Z widzenia - odpowiedziałam równie kulturalnie (żeby nie było że nie potrafię;) - Chociaż w zasadzie to z telewizji.
- A! Ja też, proszem paniom z telewizji. Bo niby skąd? - pan puścił zalotne oczko i uśmiechnął się szeroko ukazując pełen garnitur państwowych zębów - Ale widziałaś go pani po operacji? Wygląda jakby go zmumifikowali przy okazji.
- Może promocja była - zażartowałam sobie niewinnie - Płacił za zmarszczki a mumifikacja była w gratisie.
- Czyli, że bezpłatnie? - upewnił się.
- No tak jakby.
- To tak czy nie? - zdezorientowany kolejkowicz spojrzał podejrzliwie.
- Teoretycznie. Gratis wliczony w cenę zabiegu zapłaconego.
- Aha - przytaknął, ale na przekonanego nie wyglądał. Trudno. Z powodu wakacji, lenistwa oraz braku w zasięgu wzroku kredy i tablicy nie bardzo mam ochotę na prowadzenie wykładów z marketingu stosowanego. Powszechnie.
Kolejka tempem żółwia wyścigowego zbliżała się do upragnionej mety. Powoli wszyscy mieli dość kłapania szczeka, wymieniania chorób posiadanych i licytacji na wyimaginowane, czytania ulotek ostrzegających, przypominających, zakazujących, zachęcających. Oraz wszystkich innych dostępnych w przychodni przyjemności.

- A ty tu czego? - doktor z którym miałam przyjemność w jednej piaskownicy lepić babki z piachu i pic wino na ławce w parku po zdanej maturze, powitał mnie z wrodzoną uprzejmością.
- Chora jestem - odpowiedziałam niezrażona i rozsiadłam się na białym zydelku.
- Akurat - mruknął grzebiąc w kartach pacjentów - Żeby teraz chorować, to trzeba mieć końskie zdrowie.
- I psychikę ameby - dodałam usłużnie.
- A żebyś wiedziała!- w tej samej chwili zaswieciłamu się w głowie  żaróweczka ostrzegawcza - a właściwie dlaczego ameby?
- Bo mało skomplikowana. jednokomórkowa. Jak wolisz, może być pantofelka albo eugleny zielonej - pochwaliłam się pozostałościami wiedzy licealnej. Dla wzmocnienia efektu posłałam uśmiech numer 3. Jeszcze niewinny ale już ocierający się o flirt.
- Przyszłaś zabawić się w doktora? - zapytał podejrzliwie zerkając spod okularów.
- Powinieneś mieć dwie pary. Okularów znaczy. Takie jedne nad drugimi. Ja wiem, ze to śmiesznie wygląda, ale czego się nie robi dla...
- Mam dwie! - prawie ryknął. W każdym razie pozę przyjął lwią, gotową do ataku. Omal-omal. Się przestraszyłam.
- Jeszcze raz pytam czego!? I zapewniam, że ostatni raz po dobroci!
- Jak już wspomniałam, jestem chora. Bol....
- Rozbieraj się - przerwał mi brutalnie sięgając po stetoskop.
- To jednak się zabawimy?
- Kurde! Bo cię trzepnę! - wyglądał na wnerwionego. I raczej mi się nie wydawało.
- Serdeńko. Zapomniałeś dodać "serdeńko". A tak dokładnie to tam było "idź serdeńko, bo cię trzepnę".
Doktor, policzył w celach terapeutycznych do dziesięciu i łypnął prawym okiem. Nadal siedziałam na zydelku w stanie nienaruszonym (czyt. nierozebranym).
- Widziałaś kolejkę na korytarzu? Moja cierpliwość ma swoje granice - wysyczał - Rozbieraj się! Ale już!
- Twoja  szansa, kochanieńki, na zabawę w tatę-mamę, przeterminowała się o jakieś 15 lat. A te wrzaski nie robią na mnie wrażenia - powiedziałam spokojnie i wystawiłam paluszek wskazujący lewy - Tu jestem chora!
Pan doktor złagodniał w trybie nagłym i z wprawą oglądał miejsce boleści.
- Co to? - zapytał nieco bez sensu.
- Zaderka. Najprawdopodobniej dębowa, chociaż nie wykluczam opcji, że może być pochodzenia bukowego.
- Aha. A gdzie manikiur? - odpłacił pięknym za nadobne sięgając po telefon. Uprzejmie zażądał od siostry recepcjonistki zestawu i odłożył słuchawkę.
Po chwili w drzwiach stanęła zadyszana pielęgniarka, Jola objuczona dwoma zestawami.
- Nie wiedziałam który i na żmije też wzięłam.
- Słusznie. Oba się przydadzą, ale najpierw ten do amputacji poproszę - mruknął zakładając rękawiczki. Siostra medyczna nie bardzo zorientowana w relacjach miedzy nami stała zdezorientowana w progu nie wiedząc czy mnie ratować czy pozwolić sile fachowej czynić swoją powinność. Widocznie zdecydowała, że z szefem lepiej nie zadzierać bo wycofała się grzecznie i zamknęła za sobą drzwi, zostawiając mnie na pastwę doktora - sadysty.
- Do czego ten zestaw? - zapytałam niepewnie. Zapas  bohaterstwa gdzieś zniknął.
- Zamknij oczy - powiedział ignorując  pytanie i dobrał się do mojego biednego paluszka - A się cholera wbiła... Bladź...jedna...
Udało się. Już za trzecim podejściem, siły fachowej, ciało obce zostało usunięte. Fakt, że operacja się udała, a pacjentka przeżyła, doktor uczcił westchnieniem ulgi.
- Naprawdę nie musiałaś jej dobijać młotkiem, żeby tak głęboko wlazła - mruczał bazgrząc uzasadnienie dla użycia zestawu - Mogłaś, jak się już tak stęskniłaś, symulować migrenę. Na przykład.
- Nie sadzisz że przydałby się to jeszcze raz  zdezynfekować? - zapytałam ignorując te podłe insynuacje - Tak od środka?
- Nie zaszkodzi - odpowiedział puszczając oko.
- No to do wieczora - powiedziałam i pomachawszy zgrabną kukiełką na paluszku wskazującym lewym, udałam się do domu w celu poczynienie przygotowań. Nie można wszak ignorować zaleceń lekarskich;)

Źródło zdjęcia w sieci

środa, 21 lipca 2010

Weryfikacja w dwóch etapach.


"Każdy człowiek może zostać pisarzem. Też mi sztuka - bierze się pióro do ręki i pisze" - napisał sobie na fejsbukowej tablicy pewien Pan Pisarz i poszedł spać. Nic w tym dziwnego. Po pierwsze miał prawo być zmęczony całodziennym waleniem w klawiaturę, a po drugie geografia. Mieszka sobie facet na drugiej półkuli więc chodzi i śpi do góry nogami. Podczas gdy on spał i śniła mu się księżniczka na białym koniu, w polskiej sferze czasowej rozgorzała dyskusja… Ktoś napisał coś, ja dopisałam, że oczywiście, bo pisanie to robota lżejsza od spania, i tak dalej w tym mniej więcej stylu, aż odezwała się Pani Pisarka twierdząc, że jak ktoś pisze, to tylko pisze. I nic ponad to. Niech sobie bazgroli na zdrowie. Pisarzami albowiem są tylko ci, którzy zostali zweryfikowani. Przez wydawców i rynek. Zweryfikowani na „tak” oczywiście. Po takim dictum namalowałam sobie w myślach obrazek, jak też taka weryfikacja może (ale nie musi) przebiegać… Etap weryfikacji pierwszy Nazwijmy go wydawniczym. W tej wizji, pierwszoplanową rolę zagrał przystojny przystojnością niebanalną czterdziestolatek. Załóżmy, że ma trzydniowy zarost, nosi okulary oraz koszule szyte na miarę (ostatecznie to moja wizja niech więc będzie estetyczna i wedle mojego gustu;) Wydawca otrzymuje przesyłkę, mniejsza o to czy meilową czy tradycyjną, dość powiedzieć, że zawierającą dzieło życia innego przystojniaka, równie niebanalnego. Wydawca ma dobre chęci, bo od tego jest i z tego żyje. Ale… pogoda piękna, ryby w stawie czekają i drink z parasolką kusi. A może się po prostu znudził? Ostatecznie od tego to on ma redaktorów i innych takich. Nich czytają i powiedzą czy z tej mąki to chleb i mercedes będzie. - Będzie – odpowiedział ten którego wydawca ożenił z dziełem na weekend. Wydawca zaciera rączki i robi w szafie miejsce na kolejną koszulę. Treść jednak to tylko połowa sukcesu. Żeby sprzedać towar, trzeba go ładnie opakować. No i zareklamować odpowiednio. Produkt finalny trafia na półki. Ma super okładkę i mocno entuzjastyczną recenzję. i tu przechodzimy do Etapu weryfikacji drugiego. Rynkowego. W roli rynku wystąpiła Andzia, stan cywilny obojętny. Andzia nie ma wychodnego i potrzebuje w związku z powyższym towarzystwa na wieczór. Niestety jedyne na jakie może liczyć to telewizor. Może też posłuchać „jak plotkują książki”. Wybiera bramkę numer dwa i dlatego też, będąc na zakupach, gdzieś w drodze między rzeźnikiem a piekarnią, wstępuje do księgarni z zamiarem wydania nadmiaru gotówki. Oczywiście, Andzia bardzo pragnie zainwestować w towar dobry i funkcjonalny. Z setek innych propozycji wybiera powieść pozytywnie zweryfikowaną przez wydawcę. Oczywiście zachwyca się przecudnej urody okładką, a entuzjastyczna recenzja wysmarowana przez jednego z redakcyjnych pismaków wali ja z nóg. - Biorę – mówi Andzia przy kasie, płaci 19,99 polskich złotych, każe sobie towar zapakować w firmową torbę foliową z nadrukiem i pędzi do domu robić mielone. Wieczorem zasiada i … się rozczarowuje. Miała być literacka uczta. Miał być ognisty romans z morderstwem w tle i kosmiczną dawką dobrego humoru. I wszystko to jest, nawet reklamacji nie można złożyć. Tyle że romans mało ekscytujący, morderstwo za mało krwawe, a humoru nie dostrzegła. Może się nie zna, a może po prostu ma inny gust. Jako, że towar macany należy do macanta, a i dwudziestu złotych polskich bez jednego grosza żal wyrzucić, weryfikantka Andzia, odstawiła książeczkę na półeczkę i udała się na spoczynek. Zasłużony. Koniec wizji przebiegu procesu weryfikacji. Oczywiście nie zawsze jest tak. Często bywa wręcz odwrotnie… Jedno jest pewne. Rynek nabiera się raz. PeeS. Jeszcze tylko dla jasności w temacie Pana Pisarza i pani Pisarki, żeby nie było nieporozumień, dodam, że powieść Pana Pisarza zweryfikowałam osobiście i jestem na „tak”. Powieści Pani Pisarki nie miałam jeszcze przyjemności testować, więc jestem na „nie wiem”. Źródło zdjęcia w sieci

poniedziałek, 19 lipca 2010

Bestia


Osobista, lat trochę i pół, bardziej od szpinaku nie lubiła samotnych wieczorów. O ile to pierwsze żołądek mimo wyraźnej niechęci podniebienia trawił, o tyle przy byle nieobecności Męża Pana, najdziksze wyprawiał swawole. Jedyna rada na sensacyjne zachowanie wewnętrznych organów Osobistej było zapewnienie jej towarzystwa.
Fakt, że jej córcia jedyna zdobywała bieszczadzkie szczyty, a małżonek akurat w tym samym czasie koniecznie musiał wyjechać na jakieś nocne , suto zakrapiane ryby, z podobnymi sobie pasjonatami moczenia kija, powitałam z dziką radością. Okazji, żeby wyrwać się z domu niestety nie sprzedają na kilogramy w markecie, więc trzeba chwytać właśnie się nadarzającą. Nawet jeśli ma mocno altruistyczny podtekst czy też nosi znamiona bycia damą do towarzystwa.
Zaraz po kolacji spakowałam niezbędne na wygnaniu akcesoria; szczotkę do zębów, pilnik do paznokci, koszulkę nocna w kolorze bordo i takież wino.
- Mama ma wychodne - oznajmiłam wnoszącym skargi i zażalenia dzieciakom - Sprawy pilne i niecierpiące zwłoki proszę zgłaszać do instancji równorzędnej męskiej.
łapka zrobiłam papa, cmoknęłam powietrze i pojechałam (autem w kolorze bliżej nieokreślonym) z zawrotna prędkością 30 km na godzinę w porywach, ku usychającej z tęsknoty i drżącej z niepokoju Osobistej.
Stała na ganku, małego białego. Na wypadek gdybym jednak nie dotarła, gotowa do natychmiastowej ewakuacji.
- No nareszcie - przywitała mnie mruknięciem i odetchnęła z ulgą.
Wykorzystując sprzyjające warunki atmosferyczne do pierwszych komarów dzielnie siedziałyśmy na zewnętrzu, sącząc bordo i plotąc farmazony.
- Żeby tak kobieta kobietę? - Osobista klepnęła ręką w udo czyniąc z komarzycy mokrą plamę - A gdzie solidarność jajników? - dodała pozbywając się zwłok z nogi.
- Nie istnieje. Nawet wśród osobników owe jajniki posiadających. Chyba pora się ewakuować co?
Osobista pokiwała główka i poszła przodem.
Party na dwa kieliszki kontynuowałyśmy w salonie. Wino miało się ku końcowi, kiedy Osobistą natura wezwała do toalety.
Przeraźliwy wrzasko-pisk mógł doprowadzić do zmartwychwstania nie tylko komarzycy, która tak niedawno straciła życie, ale wszystkich komarów poległych w promieniu dziesięciu kilometrów.
Taranując wszystko co stało na drodze, pognałam na ratunek. Osobista siedziała na porcelance. To znaczy tyłek siedział, nogi unosiły się jakieś 15 centymetrów nad powierzchnią podłogi, a ręce wykonywały jakieś nieskoordynowane ruchy. Postawione w słup oczy wpatrywały się nieruchomo w czarny punkcik na ścianie.
- Czego się drzesz? - zapytałam uspokojona. Wstępne oględziny sytuacji nie wykazały niebezpieczeństwa zagrażającego życiu i zdrowiu.
- Co to? - drżącym głosem zapytała Osobista, wskazując brodą poruszający się niemrawo punkcik. Obrzydliwy pająk szwendał się po sieci i straszył Bogu rozum winną Osobistą. Nie to żebym lubiła to paskudztwo, ale wrzasków raczej nie zwykłam urządzać.
- Smok. Na pierwszy rzut oka z rodziny wawelskich, ale pewności nie mam - odpowiedziałam.
- Skąd wiesz? - Osobista nieco się uspokoiła. Grawitacja przyciągnęła jej nogi do podłogi.
- Poznałam po minie - odpowiedziałam złośliwie i wyszłam zostawiając ja sam na sam z bestią. Muchożerną.

Źródło zdjęcia w sieci

niedziela, 18 lipca 2010

Stop bezmyślności


Smutne, ale prawdziwe. Ku przestrodze...

- To jest szok proszem paniom, co się na tych plażach wyrabia - zbulwersowana śląska turystka wpadła niczym burza na taras. Z impetem usiadła na ławeczce obok. Drżącymi rękoma usiłowała zapalić papierosa. Kiedy jej się udało, zaciągnęła się dymem, po czym nie czekając na zachętę zaczęła opowiadać - Se pani wyobraź, że dzieciaka ugotowali.
- Że co? - zapytałam z niedowierzaniem.
- U G O T O W A L I! - powtórzyła z jeszcze większym przejęciem - To są rodzice? Ja się pytam? To są kurwy nie rodzice!
Turystka, matka trzem, silnym jak stal Budrysom, babcia gromadce rozrabiakom, grzmiała niczym wczorajsza burza.
- Poszli sobie , proszem paniom w morzu się chłodzić, a dzieciaka na plaży zostawili, w takim pół namiocie. I kurwy jedne nie zajrzeli przez półtorej godziny! To se pani wyobraź, co się tam działo! A wiesz pani jak się tłumaczyli? Że dziecko spało, to oni się pluskali, żeby nie przeszkadzać. No i ugotowali. Bo w tem namiocie pani, co go na słońcu postawili to było 70 stopni! Kurwy i mordercy na dodatek.
- Boże! To pewne? - zapytałam, szukając wzrokiem swoich dzieci. Babrały się w przydomowej piaskownicy, osłoniętej parasolem.
- Pewne! Niechbym tak jutra nie doczekała! - Ślązaczka z przejęciem uderzyła pięścią w bujny biust - Sama widziałam!

***
- Niestety, to prawda - koleżanka z medycznej służby potwierdziła smutne wieści - To maleństwo miało zaledwie cztery miesiące...

***
Wakacje nie zwalniają od myślenia. Dorosły człowiek, z nadciśnieniem czy chorobą serca, z reguły jest świadomy niebezpieczeństwa jakie niesie za sobą wylegiwanie się na plaży w czasie największego skwaru i jako pełnoletni odpowiada za swoje czyny. Co innego dzieci. Niewinne, niedoświadczone, zdane na łaskę rodziców.

Darłowo, Kołobrzeg, Ustronie Morskie... Bezmyślność rodziców bije smutne rekordy.

sobota, 17 lipca 2010

Mistrz i Grafomanka (3)

Grafomanki z Mistrzem korespondencji część kolejna...

Subject:     Fwd: No to pojechałeś! Mistrzuniu Bardzo Drogi!
Date:         Fri, 16 Jul 2010 20:20:42 +0200
From:        Grafomanka
   To:            Mistrz


No to pojechałeś!
Mistrzuniu Bardzo Drogi!
Pisząc „drogi” miałam na myśli sensy (jeśli nie ma takiego słowa w żadnym słowniku, to niniejszym je tworzę) przymiotnikowo przenajróżniejsze, tylko nie finansowe. Myliłam się, a skutki tej pomyłki będą widoczne gołym okiem. Wielkie albowiem, uczyniłeś pustki w portfelu mojem tem rachunkiem. Mistrzu! Mimo wszystko Drogi. Mi.

                                                                                                      więcej TUTAJ na stronach ALLARTE :)

Zdjęcie z  prywatnego albumu.

czwartek, 15 lipca 2010

Kłamczucha ...


... to ja. Ale po kolei...
Mężczyźni, od najmłodszych lat ćwiczą sztukę zdobywania. Nie ważne czego, nie ważne jak. Liczy się efekt i sam fakt ćwiczenia. Wszak trening czyni mistrza...
- Mamo, mam do Ciebie takie małe pytanko - syn małoletni wyrecytował starą śpiewkę. W celu spotęgowania efektu, strategicznie zatrzepotał rzęsami. Wykorzystywanie naturalnych atutów wyssał, skubaniutki, z mlekiem matki.
- Pytaj - zezwoliłam nie tyle łaskawie co dla świętego spokoju. Znam mojego syna lat niemal pięć i wiem, że upór też ma po mamie. Potrafi tak stać i atutami trzepać do skutku. Czyli do poświęcenia całej uwagi jemu i tylko jemu.
- Kocham Cię - powiedział i powtórzył sztuczkę z rzęsami.
- Ja Ciebie też - odpowiedziałam zgodnie z najprawdziwszą prawdą.
Młody człowiek pod tytułem Krzyś uśmiechnął się promiennie i dostojnie oddalił się w kąt pokoju. Pomruczał coś pod nosem by po chwili przyjść z kolejnym, tym razem prawdziwym, pytankiem.
- Czy byś mogła mi kupić Zygzaka Mc Qeena? Takiego ze sererbnymi kołami? Czerwonego? - rozkręcił się. Hola! Proszę syna, umizgami "zapłaciłeś" za jedno pytanko.
- Nie, kochanie, nie mam pieniążków - odpowiedziałam. Wyciągi z konta nie kłamią. Niestety.
Mały spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
- Mamooooo - zaczął przeciągle - Kłamczuszek z ciebie. Widziałem, że masz.
- Troszkę mam - przyznałam - Ale to są na chlebek pieniążki.
- I na kułbaskę? - zapytał przyglądając mi się podejrzliwie.
- Tak - potwierdziłam, po czym z własnej i nieprzymuszonej dodałam - I na masełko, i serek, i pomidorka.
Podejrzliwość widoczna w spojrzeniu błękitnookiego malca zmieniła się w jawne niedowierzanie.
- I znowu mnie kłamiesz! - wykrzyknął - Widziałem, że mamy chlebek! I masełko!
I pomidorki! A serek pewnie też mamy!

Źródło zdjęcia w sieci

środa, 14 lipca 2010

O opalaniu...


Wiatr zmienił kierunek. Przywiał deszczowe chmury, które zasłoniły słońce, rozpędził smażących się na plaży turystów do okolicznych pubów i przywiał nabzdyczoną, nie wiedzieć czemu Osobistą.
Stanęła w progu i nic. Nie przechodzi dalej, nie trajkocze wesoło swoim zwyczajem i nie rozgląda się ciekawie po kątach w poszukiwaniu sensacyjnej pajęczyny albo ekscytującego kurzu. Jedyne co robi to stoi, gapi się i myśli, chociaż za to ostatnie głowy bym nie dała.
- Ależ nie krepuj się. Właź – zachęcałam gościa przyjaznym słowem i gestem.
Jedyną reakcją było to, że ni to ze zdziwieniem ni z dezaprobatą spojrzała na własne, muśnięte lekką brązowo złocistą opalenizną nogi, przyozdobione gustownymi japonkami i lakierem do paznokci w kolorze malinowym z perłową poświatą.
- Spokojnie, możesz w butach. Mieszkanie to nie meczet, żeby hasać po nim boso – kontynuowałam zachęcanie do ruchu jakiegokolwiek. Bezskutecznie. Najwyraźniej za punkt honoru postawiła sobie stanie i tarasowanie wejścia własna osobistą osobą. Jedyną reakcją było przeniesienie wzroku z nóg swoich na moje.
- Czego? - zapytałam grzecznie – Się gapisz?
- Bo on mówi, że jestem blada – w końcu i nareszcie przemówiła. Nie do końca logicznie, ale liczą się intencje.
- Jaki on? – zapytałam zupełnie bez sensu, bo jedyny on jaki mógł wchodzić w rachubę to Osobisty małżonek.
- No mąż. Mój. Ciągle mi gdera, że to wstyd, mieszkać nad morzem i wyglądać jak ostatnia zmiana turnusu.
- Ja tam się nie opalam – powiedziałam dumnie zadzierając nos.
- Co widać na dołączonym obrazku – Osobista najwyraźniej odzyskała język w gębie – Ty to dopiero antyreklama jesteś!
- Opalenizna jest niemodna – odpowiedziałam i uznawszy, że mam prawo strzelić focha, zrobiłam obrażoną minę numer 3 (lekko kąśliwą z domieszka tumiwisizmu).
- A kto by tam za modą nadążył – Osobista zignorowała mojego focha machając łapką. Nie czekając, aż spełnię się w roli gosposi doskonałej wybrała się do kuchni w celu wyszperania czegoś do picia.
- Gdzie masz otwieracz? – wrzasnęła ile bozia decybeli w gardle dała.
- W dupie, na półce, po prawej stronie – mruknęłam zwlekając się z fotela. Tłumaczenie mijało się z celem. Po pierwsze dlatego, że ona i tak nie znajdzie, a po drugie to jak wytłumaczyć jak się samemu zapomniało zapamiętać miejsce spoczynku poszukiwanego? O wiele prościej i szybciej, będzie wstać, iść i odnaleźć.
Osobista krzątała się po kuchni. W oczekiwaniu na otwieracz wyciagnełą z szafki dwa kieliszki i ustawiła na stole, zaraz przy butelce zmrożonego szampana. Ściślej udającego go wina musującego.
- Coś świętujemy? – zapytałam ze zdziwieniem podwójnym. Pierwsze dotyczyło intencji pijaństwa. Drugie miało podłoże pragmatyczne.
- Nie – odpowiedziała i skupiła się na dobieraniu do zawartości butelki przy pomocy cudem odnalezionego otwieracza – Nic innego nie znalazłam.
- Woda jest w dzbanku, a herbata w pojemniku – odpowiedziałam odbierając jej butelkę z zamiarem przeprowadzenia lekcji poglądowej – To się robi tak…
Z wprawą barmana z długoletnim stażem, otworzyłam butelkę bez utraty cennej zawartości.
- Herbata wysusza – powiedziała Osobista unosząc kieliszek do ust. Zatrzymała się w bezruchu i po chwili dodała – A jak potrzebujesz rozgrzeszenia to nawet intencję wymyśliłam!
- Cała jestem uchem.
- Wypijemy za twój brak opalenizny, i za to, że ja bardziej. Droga panno, Bladonoga!
- Pani jeśli już. Od kilku ładnych lat – mruknęłam patrząc niechętnie na bladość kończyn dolnych.
- No. Co nie zmienia faktu, że Bladonoga…

poniedziałek, 12 lipca 2010

Kibicka


Jeśli nawet słowo "kibicka" nie istnieje, tylko z powodu takiego, że żaden słownik go nie odnotował, to niniejszym je tworze i nie zastrzegam praw autorskich. Aczkolwiek w razie używania, proszę o podawanie źródła pochodzenia;)

Z nieba leje się żar. Wychylenie głowy z domu przed siedemnastą grozi udarem. Może też wskazywać na zanik zdrowego rozsądku. Turystom jednak upał nie straszny. Oni się byle 39 stopni w cieniu nie boją. Leżą naleśnikiem na plaży i przypiekają boczki.
Nadworny też jakby nieustraszony...
- Wszelki duch! – krzyknął u progu Książę Małżonek, wpuszczając zbłąkanego wędrowca. I zaniemówił.
Nadworny wyglądał jak z żurnala wycięty. Jakby dopieruchno co wyszedł z lodówki. Zero potu, włos świeżutki jak poranna bryza, kancik na bieluśkich spodniach idealnie zaprasowany, uśmiech promienny, zapach nienaganny. Spojrzeliśmy na siebie. Szerokie koszuliny do połowy uda z dekoltem do pępka, włosy w strączki niegustowne pozlepiane, wachlarze gazet w rekach. Przy Nadwornym wyglądaliśmy jak ubodzy krewni z prowincji.
- Łeee… zaraz duch - Ja po prostu. Przyszedłem sobie. Czyli przyjechałem. Na mecz – zaświergotał radośnie i nie czekając aż z nas zdziwienie spłynie wraz z potem, raźnym krokiem przemaszerował w stronę salonu zostawiając za sobą smugę ekskluzywnego zapachu.
- Gapicie się jak na kosmitę – dodał radośnie szczerząc kiełki – Ale upał, co? Aż miło!
- No – przytaknęłam ochoczo aczkolwiek z powodu rzeczonego upału dość niemrawo. Bo tu się akurat z szanownym Nadwornym zgadzam. Bardzo to miłe ze strony upału, że jest. Zima za bardzo dała mi popalić, żebym teraz miałczała na ciepło.
Rozpływający się pod jednowarstwowym ubraniem Książę Małżonek, absolutnie nie akceptując naszego zachwytu, wzruszył z dezaprobatą ramionami i rzuciwszy krótkie aczkolwiek wymowne - Wariaci! – odebrał z rak Nadwornego zgrzewę chmielowej zupki i poczłapał w kierunku lodówki, która nie nadążała w chłodzeniu „mokrego”
– Yfa? – zagulgotał z głową utkwioną między mokrościami kapslowanymi.
- Że co? – Nadworny raczył wyrazić zdziwienie.
- On się pyta – zaczęłam tłumaczyć, pokazując jednocześnie na migi o co chodzi – Czy Ty chcesz piwo?
- Aha! – załapał z opóźnieniem, ale nie odpowiedział. Książę Małżonek tymczasem nadal chłodził głowę i emocje w lodówce w oczekiwaniu aż gość raczy. Złożyć zamówienie.
- No? – zapytałam ponaglająco.
- Co no? – wzrok Nadwornego błądził nie tyle za rozumem co za pilotem od tevała. Nie ma to tamto. Sprzęt trzeba przygotować odpowiednio wcześniej. Bo a nuż okaże się, że niestety? Nie działa? Trzeba się będzie wtedy wraz z piwnym dobrodziejstwem ewakuować tam gdzie telewizor może mniejszy, ale działający bez zarzutu. Mecz albowiem rzeczą świętą jest. Zwłaszcza taki!
- Piwo. Chcesz czy nie? – powiedziałam spokojnie. Lata doświadczenia nauczyły mnie, że z kibicami kanapowymi nie ma żartów. Jak jest mecz, to siedź kobieto cicho i nie zadawaj głupich pytań.
- Aaaaa… piwo. No właśnie się zastanawiam – na dowód tego, że myśli podrapał się w czubek opalonego na kuszący brąz nosa. Normalnie to bym sobie fascynujący proces myślenia poobserwowała, ale w obliczu utraty zimna w mokrym, musiałam dobyć bata słownego i ponaglić.
- Hyzi niech myśli! To znaczy szybciej! – dodałam chcąc uniknąć zawiłości tłumaczenia pochodzenia słowa „hyzi” - Bo zimno ucieka.
- Głupie pytanie. Pewnie że chcę – powiedział i rozsiadając się w fotelu krzyknął w stronę kuchni – Chodź bo się dyrdymały zaczynają.
Drugi amator zimnego piwa i meczu przyczłapał w tempie ekspresowym. Dyrdymały są tak samo ważne jak mecz. Trzeba posłuchać co znawcy mają do powiedzenia, skrytykować i powiedzieć;
- Tak. Jak taki mądry jesteś to czemu jak byłeś w reprezentacji nie strzelałaś goli? Co?!

Kiedy zasiadłam w fotelu z zamiarem przyłączenia się do oglądania brawurowego meczu obaj zapaleni kibice spojrzeli najpierw na mnie, potem na siebie, a potem znowu utkwili wzrok w mojej skromnej osobie.
- Będziesz oglądać? – zapytał z pewna taką nieśmiałością Małżonek zwany Księciem
- No – odpowiedziałam.
- Chce ci się? - tym razem Nadworny próbował mnie zniechęcić. Bezskutecznie. Uparłam się, że w końcu i nareszcie musze się dowiedzieć co takiego fascynującego jest w gapieniu się na zielone, jak kilkudziesięciu facetów biega za jedną piłką. Dorosłych facetów!
- Chcę – skłamałam bez mrugnięcia okiem.
- Dobra – skapitulowali. W duchu pewnie pomyśleli, że zwieję po kwadransie.
- Ale w trakcie meczu żadnych pytań o spalone, dlaczego tak, a nie inaczej. Zrozumiałaś?
- Aha – pokiwałam głową na znak, że i owszem, przyjęłam do wiadomości – A teraz mogę?
Tylko dwa.
- Dawaj – łaskawie zgodziło się Książątko.
- No to ja bym chciała wiedzieć kto gra i za kim jesteśmy?
- Za Holandią!
- Za Hiszpanią! - krzyknęli jednocześnie.
Panowie popatrzyli na siebie wilkiem. Wojna o podłożu niderlandzko-iberyjskim wisiała w powietrzu. Szczęściem, nie byli uzbrojeni. Poczułam się trochę winna, ale patrząc na rzecz całą z drugiej strony, dobrze, że do wykrycia konfliktu interesów doszło wcześniej niż za późno.
- Trudno, jeden musi pójść na kompromis. Gracie w marynarza – zarządziłam.
W rezultacie byliśmy za Hiszpanią.
Jestem z siebie dumna. Prawie zawsze darłam się w strategicznych momentach. I tylko raz, zupełnie niechcący, wiwatowałam na cześć drużyny przeciwnej.

E viva España !Ole!

PeeS. Ośmiornica jak cyganka - prawdę ci powie;)

Źródło zdjęcia w sieci

piątek, 9 lipca 2010

Patent


Patent na osiągnięcie stabilizacji finansowej jest prosty. Wystarczy mieć Krzysia...

Zmęczenie całodziennym brykaniem po dróżkach i bez dróżkach okolicznych wołało do łóżka. Kazało natychmiast zamknąć oczy i śnić.. Mała buzia co chwila rozdziawiała się w celu wcale nie dyskretnego ziewnięcia.
Odprawiwszy wszystkie wieczorne rytuały; przykrywanie kocykiem, głaskanie, czytanie po raz "niewiadomoktóry" opowieści o Franklinie bojącym się ciemności, na paluchach, kocim krokiem różowej pantery ewakuowałam się z jego kajuty. Wróć! Chciałam się ewakuować.
- Mamo - usłyszałam za plecami szept. No, w mordę! Doktor Haus właśnie ucina palec pacjentowi! Albo "zabija" go sarkazmem! Spojrzałam w kierunku umordowanego syna. Wyglądał na śpiącego. Łeeee... pewnie mu się już coś śni - pomyślałam z zamiarem kontynuowania ewakuacji.
- A prawda, że z prostokąta można zrobić kwadrat? - Młody gadał jakby przez sen.
- Prawda - odpowiedziałam szeptem na wypadek gdyby jednak spał.
- A z kwadratu można zrobić krójkąty? - paplał (oczy cały czas zamknięte!)
- Można.
- No właśnie. A z krójkątów można zrobić brylanty. Zrobimy jutro?
- Brylant? - zadałam idiotyczne pytanie poparte równie idiotycznym wyrazem twarzy.
Nie odpowiedział. Sapnął cichutko i zasnął.

Pewnie! Weźmiemy sprawy w swoje ręce. Otworzymy malutką, przydomową fabryczkę brylantów. Jak interes wypali, to rozwiniemy asortyment o szafiry, szmaragdy i rubiny. Nie wiemy jeszcze co prawda, czy inne drogocenne kamienie powstają również na bazie krójkatów, ale główny technolog na pewno coś wymyśli;)

PeeS. Uprzedzając ewentualne pytanie zaznaczam, że Krzyś jest tylko mój, nie podlega wymianie. I jest bezcenny. Kropka!
Źródło zdjęcia w sieci

Mistrz i Grafomanka (2)


Mistrzu odpisał czyli Mistrza i Grafomanki odsłona druga.



Subject: Fwd: Porady prawne i rozważania metafizyczne
Date: Fri, 30 Jun 2010 20:20:42 +0200
From: Mistrz
To: Grafomanka

Moja droga.
(droga w sensie jak najbardziej konwencjonalnym i sztampowo-obiegowym bez aluzji do ceny, wartości robocizny, kosztów – tak jawnych, jak i ukrytych, a także do stanu dróg w Polsce semantycznie się nie odnosząc).

Zgodnie z artykułem 92.31.G. Rozporządzenia Rady Ministrów z dnia 20 stycznia 2004 r. w sprawie Polskiej Klasyfikacji Działalności (PKD) (Dz. U. z dnia 2 marca 2004 r.), działalność artystyczna jest zdefiniowana następująco:
Artystyczna i literacka działalność twórcza.
Podklasa ta obejmuje:...
cedeen jest tutaj;)

środa, 7 lipca 2010

Po wyścigu

Z próżnego to i Salomon nie naleje. Nie ma więc co wymagać od takiego PO z Komorowskim i Donaldem na czele, że napełni.
Co z tego, że majestatem prezydenckim Platforma błyszczy? Nic tu po blasku skoro nawet cud nie pomoże. Dwa cudy też nie dadzą rady. Trzy? Może by i poradziły, chociaż palca sobie za to uciąć bym nie dała, że o głowie nie wspomnę.
Pełnia władzy w rękach jednego ugrupowania, którą straszy opozycja skutkuje tylko tym, że po skończonej kadencji to na tej partii właśnie wszyscy będziemy wieszać psy nierasowe. Przodować będzie kandydat bez brata, wielki choć niskopienny, przegrany tej kampanii.
Obietnice przedwyborcze były wręcz kuriozalnie śmieszne. Skala przewidziana na dawkę absurdu nie wytrzymała. Dopóki przed pierwszą turą utrzymywała się w strefie stanów średnich, było jeszcze w miarę realistycznie. Przed drugą turą, kiedy to z peletonu odłączyli się liderzy, populizm sięgnął szczytów. Przekroczył wyobrażalną skalę i rozpirzył w drobiazgi mniemanie o dobrym smaku i zdrowym rozsądku obydwu (bez wyjątku) kandydatów.
Nie dziwi nic. Wszak wyścigi trwały. Panowie Kandydaci wypuszczeni z bloków startowych gonili resztkami sił, a ich sztaby równie smętnymi resztkami pomysłowości. A było o co walczyć. Na szali ważyło się mieć albo nie mieć. Adres zameldowania na Belwederze. I nie mówcie, że to nic. Przecież takiej wanny to chyba nigdzie nie ma;)
Kandydaci biorący udział w wyścigu dysponowali przede wszystkim tym co dany sztab wyborczy potrafił zmyślić. Wyścig stawał się przez to coraz bardziej groteskowy. Gombrowicz, przy panach kandydatach i ich pomagierach to mały pikuś! Jak jeden obiecał, że wszyscy dostaną złotówkę, to drugi podbijał stawkę o pięćdziesiąt groszy. W myśl tych obiecanek - cacanek, składanych na potrzeby głosów w urnie, powinniśmy być nawet nie drugą, a wręcz pierwszą Japonią. Z pięknymi drogami, docenianymi nauczycielami, emerytami wygrzewającymi zreumatyzowane kości na hiszpańskich plażach, studentami podróżującymi do domu po wałówkę za połowę stawki przeciętnego Kowalskiego i absolutnie nienagannie działającymi placówkami medycznymi, którym żadna, ani zdrowa, ani chora kasa nie szczędzi grosza na podstawowe badania profilaktyczne dla ... wyborców bądź co bądź;)

PeeS. Polityką się interesuję, ponieważ ona interesuje się mną. Wypowiadać się raczej nie wypowiadam. Chyba, że mnie taki na ten przykład Czarny Ptak sprowokuje;)
Źródło zdjęcia w sieci

wtorek, 6 lipca 2010

Skrytożerca!

P R R Z E P R A S Z A M Y   Z A   U S T R K I !!!

Jak Bloger jest głodny to niech powie. W życiu swoim nikomu jedzenia nie pożałowałam, to i Blogera mogę nakarmić. A takie podjadanie komentarzy, proszę Blogera, to bardzo niegrzeczne jest. I się może czkawką odbić, albo inną przypadłością upierdliwą.
Nie po to ja piszę, oni piszą, my piszemy, żeby Bloger wirtualnym językiem mlaskał i zabierał co nie jego!

Dla wszystkich pokrzywdzonych przez komentarzowego skrytożercę coś na uspokojenie...



PeeS. Iwa, Mała Mi, Basia, Artek, Anonim, Iza, Jack... zeżarło mi wasze pisanie:)

poniedziałek, 5 lipca 2010

Myślenie


Na leżaczku leży leń. Nic nie robi cały dzień...

Nadworny wyszedł. Z założenia, niezmiernie słusznego, że wakacje są do odpoczywania. Robi wszystko, żeby wypocząć. I się nie przemęczyć. Jak na mieszczucha przystało postanowił (też niezmiernie słusznie) że będzie odpoczywał na wsi. U mnie czyli.
Leży sobie na leżaczku tarasowym i popija orzeźwiający koktajl z truskawek.
Postanowiłam się przyłączyć. Nie dosłownie. Na sąsiednim leżaczku i z oddzielną szklanką.
- Co robisz? – zapytałam głupio.
- Leżę - odpowiedział z ledwie słyszalną irytacją. Słusznie, przecież widać na pierwszy, na drugi i na trzeci rzut oka, że nie skacze na prawej nóżce. Na lewej też nie.
- I myślisz – stwierdziłam, bo dla mnie to by było normalne, że się myśli – A o czym?
- Nie – rzucił krótko.
- Taka tajemnica? – zdziwiłam się. Szczerze i niezmiernie. Bo zawsze mi mówi, i raptem jakieś tajne przez poufne.
- Nie tajemnica, bo nie myślę – mruknął pociągając koktajl przez pokręconą w chińskie paragrafy słomkę – Nie masz normalnych? Zapchała się.
- Jak to nie myślisz? – zaintrygował mnie.
- No właśnie myślę, że słomka się zapchała. Masz inną?
- Powtarzasz się. To co z tym myśleniem?
- To co z tą słomką? – zagrał moimi kartami.
- Jak będę duża kupię sobie „marysię” – mruknęłam wlokąc się do kuchni w poszukiwaniu „normalnych” słomek - A te to niby co? Wariatki? No może lekko pokręcone, z nieco zwichrowaną osobowością, ale trzeba im dać szansę na rehabilitację. Pozwolić się wykazać.
- Że co? – Nadworny odebrał podaną mu usłużnie słomkę w kolorze lilaróż i przyglądał mi się z miną wyrażającą absolutny brak zrozumienia dla toku mojego rozumowania.
- A przy czym się pogubiłeś?
- Przy pomylonej Marysi – powiedział i zabrał się za koktajl.
Tłumaczenie zawiłości zajęłoby zdecydowanie zbyt wiele czasu, a i tak nie ma pewności, że zrozumie. Lepiej wrócić do myślenia, a raczej jego braku.
- Słomkę ma? Nie zapchaną? Normalną? – pytałam na wszelki wypadek powoli, żeby nadążył twierdząco kiwać głową – To niech mówi co robi jak leży i nie myśli.
- Jak leży to nie myśli. Po prostu – Nadworny wzruszył ramionami – Urlop ma. I musi odpocząć. Nie powinien robić dwóch rzeczy naraz. Zrozumiała?
- Większe pół. Czyli, że jak leży to nie myśli?
- Dokładnie. Mówić też nie powinien – dodał na wypadek gdybym chciała jeszcze poroztrząsać dylematy natury filozoficznej albo pogadać o postfiguratywnej teorii kultury według jakiejś tam Margaret.
- Aha. A jak stoi? To myśli? – nie dawałam za wygraną.
- A to zależy… - powiedział zamykając oczy. Dał mi tym samym do zrozumienia, że audiencja skończona.
Myślenie, mówienie , picie i leżenie, to zdecydowanie za dużo dla człowieka odpoczywającego. Oczywiście dla człowieka płci męskiej. Ja, na ten przykład, to bym mogła jeszcze nóżką machać;)

Źródło zdjęcia w sieci

niedziela, 4 lipca 2010

O plażowaniu


To niesamowite jak dzieci potrafią zaskoczyć. W sensie, że zdziwiłam się bardzo. Oraz zablokowałam krasomówczo na chwilę.
Niezmiernie rzadko miewam czas na siedzenie w piaskownicy. Dziś ten czas miałam. Albo raczej, zrobiłam wszystko, żeby go mieć. Dziecko bowiem swoje prawa ma i jak zapragnęło towarzystwa mamy podczas babrania się w nieograniczonej dechami piaskownicy, to maminym, zakichanym obowiązkiem było czas znaleźć. To znaczy tak się zorganizować, żeby iść. I się taplać...

Komu w drogę, temu japonki. Uzbrojona w niezbędne akcesoria typu łopatki foremki i wiaderko, oraz butlę żywca bez gazu, poczłapałam ku morzu z miną straceńca. Bo plażę, to ja i owszem, lubię. Nawet bardzo. Te fale o brzeg bijące też, łażenie goła stopą po rozgrzanym piachu... Tyle, że niekoniecznie w pełni sezonu turystycznego.
W pierwszej chwili chciałam się ewakuować. Tłok, że nie ma gdzie ręcznika położyć, a o intymności za parawanem to sobie tylko pomarzyć można.
W końcu wywalczyłam jednak kawałek miejsca i wymościłam grajdołek, wystawiłam blade lico na działanie ultrafioletowych oraz zamyśliłam. Się. I wcale nie roztrząsałam problemów wagi światowej. Ot po prostu co jutro na obiad upitrasić,i czy ta nowa kiecka to aby na pewno jest twarzowa, bo były, kurteczka, czarne, ale nie, czerwonej się zachciało...
Moje bawiące się w pobliżu grajdołka dziecię, jako osobnik o niezwykle rozwiniętych potrzebach towarzyskich szybko nawiązało kontakt z rówieśnikiem. Płci tej samej. Zabawa trwała w najlepsze; ledwie zadzierzgnięta przyjaźń rozwijała się w tempie wzrostu bambusa, wszystkie zabawki okazały się być wspólnymi... Do czasu, aż światła dziennego nie ujrzała smutna prawda o tym, że foremka w kształcie rybki występuje w liczbie pojedynczej.
- Oddawaj! – usłyszałam wrzask Krzysia.
- Nie! – równie wrzaskliwie odpowiedział kumpel.
- Oddawaj bo powiem mamie! – bohatersko zawołał Krzyś wskazując na mnie daszkiem czapeczki.
- A ja powiem tacie!
W tym momencie, Krzyś spojrzał na mnie. Następnie na ojca przeciwnika. Widać nie wypadłam najkorzystniej w tej konfrontacji, bo uznał przewagę drużyny przeciwnej.
Po wcale nie długim namyśle, postanowił zadziałać inaczej.
- Oddawaj, bo Cię piznę! - powiedział znacznie ciszej. Pewnie myślał skubaniutki, że nie usłyszę. Niestety. Pozornie uśpiony wódz wrogiego obozu również leniwie uniósł głowę wykazując się niemrawą aktywnością.
Normalnie to ja mam w kwestii wychowania bardzo liberalne poglądy. I takie samo podejście. Pozwalam dzieciom na samodzielność. Również jeśli chodzi o rozwiązywanie konfliktów z rówieśnikami. Tym razem jednak musiałam zareagować. Pomijając kwestie wychowawcze, to brak reakcji groził konfrontacją z przypiekającym boczki i zerkającym czujnie panem - tatusiem, zawodnikiem wagi ciężkiej.
- Synek! No jak ty się zachowujesz?! - upomniałam młodego człowieka stojącego w pozycji "do ataku!"
- No co?! - popatrzył na mnie i najwyraźniej musiał stwierdzić, że nie żartuję. Odłożył łopatkę, która robiła za broń i z miną niewiniątka dodał - Przecież nie piznąłem…
Uspokojony Pan tatuś-kumpla, z trudem stłumił śmiech. Taktownie udał, że się zakrztusił, nasunął czapeczkę na zaczerwieniony nos i opalał się dalej.
Korzystając z faktu, że godzina była odpowiednia, dałam hasło do odwrotu i ewakuowałam się do bazy. No może bym i coś powiedziała, gdyby mi języka w gębie nie zabrakło. Z drugiej strony, co tu mówić?
Po drodze odzyskałam sprawność myślenia. I język, zdrajca jeden, powrócił na miejsce mu przypisane.
- Młody, a gdzie ty słyszałeś takie słowo? - zapytałam
- Czyli które? - zapytał niewinnie. Widząc moja bezradność dodał - Piznę?
- No. Właśnie to.
- W bajce - odpowiedział tak jakby to było oczywistą oczywistością.
I popatrzył jakby mnie pierwszy raz widział. Albo jakbym się z choinki w środku lipca urwała.
Chyba się urwałam...

sobota, 3 lipca 2010

Mistrz i Grafomanka


Subject: Fwd: Mistrzuniu! Drogi!
Date: Thu, 30 Jun 2010 20:20:42 +0200
From: Grafomanka
To: Mistrz

Mistrzuniu! Drogi!
(oczywiście drogi w sensie przymiotnikowym, chociaż drogi nomen omen, te rzeczownikowe, to u nas jak ser szwajcarski)
Ale ja nie o tym chciałam…

Piszę do Ciebie, bo nie muszę. Chcę za to bardzo, podzielić się taką anegdotką, która się była zdarzyła dawno, a może i jeszcze dawniej, a dziś się nagle przypomniała podczas oglądania po raz nie wiem który „Dnia świra”. Oglądam sobie oglądam, aż tu nagle buch! Taki jeden znajomy, Tadek mu było, stanął mi przed oczyma jak żywy i wąsa podkręcał....
cedeen jest tutaj:)

PeeS. Grafomanka do Mistrza. Mistrz do Grafomanki napisze niebawem...;)))

piątek, 2 lipca 2010

Dino(żarły)


Nieomylnym znakiem, że wakacje w pełni jest powolne aczkolwiek skuteczne wyjaławianie się trawnika. Po namyśle stwierdzam, że wyraz "się" jest zbędny. Trawnik albowiem wyjaławiany "jest". Dzieło zniszczenia dokonuje się codziennie poprzez bieganie, galopowanie, dzikie harce, tarzanie się oraz łupanie w piłę kopaną. Po takich zabiegach coś co kiedyś trawnikiem było zamienia się ni mniej ni więcej tylko w klepisko. Trudno. Dzieci swoje prawa wakacyjne mają. Moje i cała banda ich przyjaciół, którzy domową, starannie wypielęgnowana trawkę omijają szerokim łukiem w obawie przed gniewem rodziców, ogrodników, sadowników, krewnych, powinowatych... itede.
Kolejnym symptomem jest brak wyraźnych cech pozwalających odróżnić, które czyje. Na wszelki wypadek przepytuję brudasa podającego się za mojego syna, na okoliczność znajomości pieśni przedszkolnych i innych takich.
Zewnętrzne oznaki nie wskazywały na jakiekolwiek podobieństwo. Rano wychodził w błękitnej koszulce z czerwona piłką. To co stało miało kolor bliżej nieokreślony. Piłki nie stwierdziłam. Odpowiedział za to bezbłędnie na pytanie pomocnicze:
- Ulubione danie?
- Lizaki!- wrzasnął brudny mały człowiek i błysnął błękitnym okiem
- Możesz wejść - mruknęłam do osobnika który stał w drzwiach. Pewności, on to czy też nie, nabiorę jak wypiorę zawartość wraz z opakowaniem.

Dzisiejszy bród miał charakter archeologiczny...
- Mamo, a dinozaury żyły naprawdę? - zapytał Krzyś pałaszując bez entuzjazmu bułę z nutellą.
- Oczywiście - mruknęłam znad gazety porannej plamy...
- A ty je widziałaś? - dopytywał.
- No co ty! Przeginasz Młody! - obruszyłam się - Aż taka stara to ja nie jestem!
- Aha - ni to stwierdził ni się zgodził -To ja idę poszukać...
Jak powiedział tak zrobił. Zabawa w kreta trwała cały dzień... Mam przekopany ogródek warzywny, rabatę z kwiatkami (były sobie astry...) i dziury dosłownie wszędzie jak wzrokiem w zasięgu ogrodzenia sięgnąć. I jeszcze mam za swoje. Wszak mogłam interweniować. Albo przynajmniej zniechęcić do poszukiwać dinozaurzych gnatów.
Wykąpany i podobny do ludzi paleontolog amator przytulał już zmęczoną łepetynkę do podusi...
- Ciekawe kto urodził dinozaura... - zapytał miedzy jednym, a drugim ziewnięciem.
- Mama dinozaur - odpowiedziałam przygładzając sterczącą, synowską grzywkę.
- A nas kto urodził? - dopytywał.
- No ciebie to ja na przykład. Mnie babcia.
- Ale mnie się rozchodzi o wszystkich... I ciebie i babcie i wszystkie babcie. I dziadków. Może dinozaur? - zapytał, ziewnął, zatrzepotał rzesami i najnormalniej w świecie odpłynął...

Kto wie, może właśnie jestem świadkiem powstawania nowatorskiej teorii ewolucji? ;)
Dobrej nocy:)

Źródło zdjęcia w sieci