Jak to miło coś umieć...
... czyli właściwy człowiek na właściwym miejscu.
- "Doprawdy, jak to miło coś umieć!" - powiedział pewnego dnia, niejaki Molier. Naostrzył gęsie pióro, papieru przygotował i atramentu, zasiadł i napisał. Tak po prostu. Wziął i machnął, jakby od niechcenia, "Świętoszka" albo innego "Skąpca". Bo on był zdolny. Nie to co ja...
Jedyne co mnie usprawiedliwia to czas. Za długo spałam, za krótko myślałam. Poszłam bardziej w kierunku czynu dokonanego.
Wzorem mistrza dramatu, zatarłam łapki, zakasłam rękawki bluzeczki lilaróż, ba! nawet fartuszek dla efektu założyłam.
- Doprawdy, jak to miło coś umieć! - zacytowałam klasyka nieco głośniej niż powinnam i ... zmarnowałam; jaja kurze w ilości 6 sztuk, cukru łyżek kilkanaście, mąki tyle co jajek (przyjmując łyżkę stołową za miarę), dekoracje naciastowe, śmietanę kremową 36 % całą (!), prąd, papier do pieczenia, czas oraz dobre samopoczucie. Nie dość, że łamaga, kulinarne beztalencie to jeszcze zmywania po eksperymentach fura.
To co zrobiłam tortu nie przypominało; ani wyglądem, a smakiem tym bardziej.
- Błeeee - Książę Małżonek skrzywił się na sam widok. Próbowania odmówił kategorycznie twierdząc że mu życie miłe.
- Błeeee, fuuuj, i jeszcze raz błeeeee - jęknęłam smętnie.
- No? I co teraz? - zapytał nawet nie próbując ukryć satysfakcji.
- Wszystko pod kontrolą - zapewniłam. Poparzył z niedowierzaniem i wrócił do swoich śrubek. I innych młotków.
Pamiętacie psa Pluto? No to otrząsnęłam się niczym on tupnęłam kapciem w podłogę, i ponownie przystąpiłam do dzieła. Zakasłam rękawki, zatarłam łapki, złapałam przydatne narzędzie, wybrałam numer... i zamówiłam.
- Z dowozem. Oczywiście, że z dowozem - powiedziałam do uprzejmej pani przyjmującej zamówienie, która trzasnęła słuchawką zanim zdążyłam doprecyzować, że "dowóz" ma być przystojnym brunetem z bicepsami. I inteligentnym wyrazem twarzy. I że mógłby pachnieć Hugo Bossem, ale nie jest to warunek.
Tort był cudny. I smaczny. Mimo, że przytaszczył go niskopienny blondyn z różową buzią i tendencją do tycia.
Goście też byli zachwyceni. Przecudnej urody tort zaszczycili mało estetycznym rozgrzebaniem na talerzach z myszką Miki. Odśpiewali stolata, wtranżolili popcorn i cukierki ciągutki, zagryźli chrupkami, popili zakazaną w normalnych warunkach colą i galopem, względnie cwałem przemieścili się... na trampolinę;)
- Doprawdy, jak to miło coś umieć - mruknęłam pod nosem i zabrałam się za to co mi wychodzi najlepiej. Po niespełna pół godzinie ślady libacji zostały usunięte, a jadalnia lśniła czystością...
Jedyne co mnie usprawiedliwia to czas. Za długo spałam, za krótko myślałam. Poszłam bardziej w kierunku czynu dokonanego.
Wzorem mistrza dramatu, zatarłam łapki, zakasłam rękawki bluzeczki lilaróż, ba! nawet fartuszek dla efektu założyłam.
- Doprawdy, jak to miło coś umieć! - zacytowałam klasyka nieco głośniej niż powinnam i ... zmarnowałam; jaja kurze w ilości 6 sztuk, cukru łyżek kilkanaście, mąki tyle co jajek (przyjmując łyżkę stołową za miarę), dekoracje naciastowe, śmietanę kremową 36 % całą (!), prąd, papier do pieczenia, czas oraz dobre samopoczucie. Nie dość, że łamaga, kulinarne beztalencie to jeszcze zmywania po eksperymentach fura.
To co zrobiłam tortu nie przypominało; ani wyglądem, a smakiem tym bardziej.
- Błeeee - Książę Małżonek skrzywił się na sam widok. Próbowania odmówił kategorycznie twierdząc że mu życie miłe.
- Błeeee, fuuuj, i jeszcze raz błeeeee - jęknęłam smętnie.
- No? I co teraz? - zapytał nawet nie próbując ukryć satysfakcji.
- Wszystko pod kontrolą - zapewniłam. Poparzył z niedowierzaniem i wrócił do swoich śrubek. I innych młotków.
Pamiętacie psa Pluto? No to otrząsnęłam się niczym on tupnęłam kapciem w podłogę, i ponownie przystąpiłam do dzieła. Zakasłam rękawki, zatarłam łapki, złapałam przydatne narzędzie, wybrałam numer... i zamówiłam.
- Z dowozem. Oczywiście, że z dowozem - powiedziałam do uprzejmej pani przyjmującej zamówienie, która trzasnęła słuchawką zanim zdążyłam doprecyzować, że "dowóz" ma być przystojnym brunetem z bicepsami. I inteligentnym wyrazem twarzy. I że mógłby pachnieć Hugo Bossem, ale nie jest to warunek.
Tort był cudny. I smaczny. Mimo, że przytaszczył go niskopienny blondyn z różową buzią i tendencją do tycia.
Goście też byli zachwyceni. Przecudnej urody tort zaszczycili mało estetycznym rozgrzebaniem na talerzach z myszką Miki. Odśpiewali stolata, wtranżolili popcorn i cukierki ciągutki, zagryźli chrupkami, popili zakazaną w normalnych warunkach colą i galopem, względnie cwałem przemieścili się... na trampolinę;)
- Doprawdy, jak to miło coś umieć - mruknęłam pod nosem i zabrałam się za to co mi wychodzi najlepiej. Po niespełna pół godzinie ślady libacji zostały usunięte, a jadalnia lśniła czystością...
:) Nie wiem wprawdzie, Komu dziś winszujemy, ale z głębi serca życzę Mu wszystkiego najlepszego! :)))
OdpowiedzUsuńJak to dobrze coś umieć, jak to dobrze coś umieć, jak to dobrze coś umieć (muszę zapamiętać, a nuż się uda? ;) Jak to dobrze coś umieć, jak to dobrze...
Moja Droga, nie będę się powtarzać, bo nie lubię. Ale zrobię wyjątek - choć pora późna i trza mi wracać do roboty. Jednakowoż - dużo umisz! A może i jeszcze więcej. Władasz piórem jak ta lala! Czy czymś innym władasz równie wprawnie to nie wiem, ale podejrzewam, że tak. Więc już tu nie gadaj, tak? No. To wracam do kopalni. Pa.
OdpowiedzUsuńWuj Matt z podróży.
Akwarelia...
OdpowiedzUsuńNo komu jak komu, ale tobie to się udaje. Za każdym razem. Koleżanka obrazkiem zachwycona!
Jak to miło coś umieć... Właśnie nauczyłam się robić zakalec. Miało być ciasto jogurtowe z owocami, ale co tam. I tak zjedli. a.
OdpowiedzUsuńMauro, względnie Wuju podróżny...
OdpowiedzUsuńMiło że zrobiłaś, względnie zrobiłeś wyjątek. Tym bardziej że pora późna. Pióro posiadam - rok z okładem będzie jak mi burmistrz względnie starosta podarowała za zasługi.. Nie ukrywam ze spodziewałam się koperty, ale i pióro przyjęłam, na znak pokoju;) I oczywiście nawet czasami nim macham. Wprawnie. Nie ukrywam jednak, że wole klawiaturę.
PeeS. Kopiesz? Mauro względnie Macie?;)
Zygza...
OdpowiedzUsuńKlasyka filmowa pokazuje, że są tacy co tylko z zakalcem lubią;)
Kopię na przodku. Nocna szychta. Co poradzisz.
OdpowiedzUsuń:)
Tjaaa... Ty byś mnie dzisiaj musiała widzieć (albo chociaż słyszeć!) przy pracy... Nawet pies bał się wyjść spod stołu w kuchni.
OdpowiedzUsuń:D
Się cieszę bardzo i nisko kłaniam Koleżance. :)
Maura...
OdpowiedzUsuńPrzerąbane;)
Akwarelia...
OdpowiedzUsuńCóż... ból tworzenia;)
no to młodzi mieli imprezę, na dodatek alkoholową, no, tak, od dzieciństwa przyzwyczajaja się do bombelków i precentów i proszę na FASie cały czas...no, tak, a wydawałoby się, że porządna rodzina, a tu tortem oczy mydli, że sie nie udał, proszę, a to o bicepsy chodziło...i co jak bicepsy przyjechały to te bicepsy nie w tym miejscu... no tak...
OdpowiedzUsuńkupić dobrze -też sztuka:)
OdpowiedzUsuńDzięki temu tortowi nieudanemu, mamy bardzo udaną opowieść.
OdpowiedzUsuńSformuowanie ,, niskopienny blondyn z różową...'' ubawiło mnie do łez.
P.S. Też lubię z zakalcem...;;o )
Nobody's perfect:) Nawet z pięknie umytej podłogi mozna być dumnym!A co!
OdpowiedzUsuńBo najcenniejszą umiejętnością, jest znalezienie wyjścia z każdej sytuacji;-))) I tą umiejętność posiadasz bez wątpienia;-)))
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńja się zabieram do placka ze śliwkami od trzech dni, ale jakoś mi składników szkoda...wiejskie jajka na wagę złota, więc nie zbyt chce je utopić w zakalcu- a owe to moje specjały:)
OdpowiedzUsuńa śliwki same zastanawiają się chyba czy nie uciec ;)
No świetnie... oddałbym wszystko, żeby umieć pisać tak jak Ty, a piszesz, że wcale nie masz zdolności. Dobre sobie.
OdpowiedzUsuńZa grosz nie potrafię piec :) Robiłam wprawdzie kiedyś, kiedyś dawno temu pyszną szarlotkę z przytłaczającą przewagą jabłek na cieniutkim podkładzie, ale... dawne czasy :)
OdpowiedzUsuńNajważniejsze to umieć znaleźć ROZWIĄZANIE! :)
Beata...
OdpowiedzUsuńUpraszam się łaski psze Wysokiej Instancji. Więcej nie będę. Czy jako okoliczność łagodzącą uzna mi Instancja to ze szampan był z Zygzakiem a dzieci piły z kubeczków?;)
OLQA...
OdpowiedzUsuńGrunt to sprawdzony sprzedawca;)
Agnieszka...
OdpowiedzUsuńWolałabym jednak nie musieć okupować opowieści takimi eksperymentami;)
Pieprzu...
OdpowiedzUsuńJaaaaaaaasne. Wszystko w myśl zasady; cokolwiek robisz rób dobrze:)
Akularnica...
OdpowiedzUsuńŻycie mnie nauczyło. Jak wiesz, że nie masz na kogo liczyć, musisz liczyć na siebie...
Kaś...
OdpowiedzUsuńPrzecież to proste... puszczasz sobie fasolki, a one śpiewają; "szklankę mąki, cukru szklankę, zaraz wyśpię do miseczki...". A ty tylko robisz;)
Rotek...
OdpowiedzUsuńA to mnie zaskoczyłeś! Zmianą nicku:) A już myślałam, że dziś nic mnie nie zaskoczy:)
Magenta...
OdpowiedzUsuńJeśli szarlotka to właśnie tak. Z takimi proporcjami; minimum ciasta przy maksymalnej ilości jabłek;)
Najsampierw to najlepszego dla tajemniczej/tajemniczego jubilatki/jubilata solenizantki/solenizanta :)))
OdpowiedzUsuńPiec potrafię, całkiem nieźle, ale torta, takiego prawdziwego nie umiem. Jeszcze. Kiedyś się nauczę ;) U mnie za tort robi zawsze Tort bezowy. Panowie pytani o to, jakiego torta na różne uroczystości upiec zgodnym chórem odpowiadają: bezowy. Tylko owoce na wierzchu się zmieniają :)
Ale Moja Droga nie ma się co przejmować, bo najważniejsze to "trza se radzić -powiedział baca zawiązując buta dżdżownicą" :) Jak to mówią zawsze jest jakieś wyjście z sytuacji :) I sztuką jest umieć znaleźć dobre wyjście :)
Powiedzonko to ja sobie zapiszę i wydrukuję, albo nauczę się jak mantrę i będę powtarzać aż uwierzę :)
:) Olqa ma rację :) dobry tort trudno kupić :) także potrafisz! :) i do tego jeszcze sprzątać... ;D nieźle jest!!! Brawo :)
OdpowiedzUsuńI też dorzucam życzenia :)
Uszczęśliwiłaś dzieciaczki!To jest najważniejsze :)
Miłego dnia :)
Anovi...
OdpowiedzUsuńJubilata:)
Zapisz. Ja też sobie zapisałam. I w domu i w pracy;)
Mała Mi...
OdpowiedzUsuńSprawdzony dostawca- jeden z najlepszych w okolicy - ot i cała tajemnica sukcesu.
A dzieciom ... to w zasadzie na wyglądzie i na świeczkach bardziej zależy niż na smaku:)
miło coś umieć:) Ja znam np. takich, którzy nie potrafiliby zamówić telefonicznie tort z dowozem. Naprawdę!
OdpowiedzUsuńCzy ta piękna kobieta na zdjęciu to Ty?:)
OdpowiedzUsuńNivejko, ogólnie wiadomo,że nie wszystkie przepisy są dobre.Miałam podobną przygodę, ale wtedy były czasy, gdy niczego na telefon nie mogłaś zamówić.Przyjęcie miało być "na słodko" a było na konkretnie, drobna zmiana. I w związku z tym nigdy nie wdrażam nowych przepisów gdy ma to być z okazji jakiegoś przyjątka.Właśnie skończyłam pieczenia placka ze śliwkami, wyszedł pycha, a przepis sprawdzony, zawsze wychodzi.
OdpowiedzUsuńMiłego, ;)
Oburza mnie to, gdy słyszę, że przeciętna kobieta w przeciętnym domu musi umieć prawie wszystko.A facet nie.Zauważyłaś to? Jak facet nie umie - to przyjdzie hydraulik, stolarz,czy inny elektryk.A nam do kuchni żadna kucharka nie przyjdzie... ani do szycia na maszynie... ani do odrabiania lekcji z dziećmi... ani do sprzątania...ani do jakiejkolwiek babskiej roboty, nawet tej popełnianej bardzo okazjonalnie. Co najwyżej pomoże córka ( jeśli się ją ma) albo naprawdę życzliwa koleżanka.Czasem mama - jeśli jest "na chodzie" ( i jeśli w ogóle jeszcze jest).
OdpowiedzUsuńA może to tak jest tylko u mnie?
najważniejsze to dobra organizacja, tort był? był.. wszyscy zadowoleni? zadowoleni.. czyli szafa gra;-) a w ogóle WSZYSTKIEGO NAJ NAJ NAJ;*
OdpowiedzUsuńIva...
OdpowiedzUsuńPocieszające. Ja, nie chwaląc się to nawet wiertarkę potrafię obsługiwać... jak trzeba;)
PeeS. Jam ci;)
Anabell...
OdpowiedzUsuńNigdy , przenigdy (po przygodzie dawnej) nie korzystam z niesprawdzonych na własnym organizmie przepisów. Ani z przepisów w gazetach typu "prasa kobieca";)
To był... wypadek przy pracy;)
Tkaitka...
OdpowiedzUsuńTo nie tylko u ciebie, jeśli cię to pocieszy. Podział na zajęcia damskie i męskie jest jakiś sztuczny i że tak powiem mocno niesprawiedliwy. Kran (zakładając że facet umie go zreperować) psuje się rzadko. A gotować trzeba codziennie;)
No ale jest to tez kwestia umowy między małżonkami:)
Kobieta nie musi wszystkiego umiec ... my mamy tylko ochote czasami cos stworzyc...a moze akurat cos sie uda... nic sie nie martw! ja czesto po moim gotowaniu jem sama...nieznosze trzymac sie przepisu...i nie winie Miska za to ze nie chce jesc...czasami i mi to ciezko przez gardlo przechodzi...:D powodzenia!
OdpowiedzUsuńaaaa umiesz...fajnie piszesz...ja tez bym tak chciala...ale tylko kropki stawiam ;)heh
Krakowianka...
OdpowiedzUsuńPewnie że nie musi. Jedno co musi to doskonale rządzić;)