Uprzejmie donoszę, że jestem, że wróciłam i że co najważniejsze, nie przytyłam. Chociaż żarcie było pierwszoligowe. Kaczuszki, łososie, krewetki, a nawet ble i fuj małże. Pomijając incydent z naćpanym dilerem, który chciał mnie zmolestować albo przynajmniej przestraszyć imprezka była cudna, uchachana , a jakie wino! Jestem wymasowana, wypachniona, dopieszczona w każdym niemal milimetrze kwadratowym całkiem sporego ciała. Tylko... kiedy ja to wszystko odeśpię? Oraz bolą mnie biodra. Nie, nie mam zamiaru obiecywać, że już nigdy nie przetańczę calutkiej nocy. Wręcz przeciwnie. Przetańczę i to nie jedną! Dla przyjemności i na złość tym którzy myślą, że mnie załamią! Na pohybel! Nie wiem tylko jak w tej sytuacji świętować Światowy Dzień Grania w Tenisa... Ponieważ, tak czy siak, bez względu czy taki dzień akurat w kalendarzu występuje czy nie, czybiodra bolą czy wręcz przeciwnie w tenisa jednakowoż nie grywam. Zatem...wejdę na szczyt góry. Własnych możliwości plastycznych.;)
Wygląda, śpiewa i zachowuje się jak Kat Deluna :P
OdpowiedzUsuńU mnie nie była leniwa...
OdpowiedzUsuńLubię głos tej pani :)
OdpowiedzUsuńByła. I się szybko skończyła.
OdpowiedzUsuńMiałam dobrą lekturę: "Żona myśliwego" Katherine Scholes.
Pozdrawiam.
Nie miałam nic śpiewającego w domu.Tak jakoś...
Dziękuję za komentarz :)
OdpowiedzUsuńNa zdjęciu moje ukochane Kaszuby w okolicach Góry Siemierzyckiej. Najmilsze odwiedziny, jakich mogłam się spodziewać. Właścicielka jednego z pierwszych blogów, którego regularnie podczytuję. Ja to mam szczęście, to będzie dobry tydzień. :)
i oby szybko do następnej :))
OdpowiedzUsuńdziś już wtorek